Ciąg dalszy
Czysta i święta o Matko moja,
Gdzie biegniesz, tak wczesnym rankiem?
Czy Twój Dźagannath nie jest uniwersalnym?
Czyż mieszka tylko we wnętrzu świątyni?
Czyż nie przebywa w zaścianku biednego człowieka?
Czyż nie można go spotkać w osiedlu trędowatych,
Gdzie Ojciec Marian - z łaski Jezusa -
służy człowieczeństwu
Wyzuty z wszelkiej wygody.
Służąc jedzeniem, schroniskiem i lekarstwami
Ojciec Marian jest dziś błogosławiony.
Wiatr Dżagannatha śpiewa taką pieśń
W lesie kadzu i drzew palmowych:
Chwała Dźagannathowi! Chwała Jezusowi!
"W Bogu nie ma różnicy" -
Niech ta prawda przeniknie do naszych serc.
Tam misjonarz - brat
Buduje domki, aby przygarnąć setki trędowatych
Z wielkoduszną myślą, że służyć ludziom znaczy służyć Bogu.
Tam Ojciec rozdaje jedzenie i przyprawy
I widząc zadowolenie trę
dowatych, że są syci i że odczuwają Boga ,
Tatuś Marian widzi spełnienie się celu swego życia.
"Lokonath" jest w ludziach
Jezus - syn Boga .
"W Bogu nie ma różnicy" -
Niech ta prawda przeniknie do naszych serc.
Nazywaj Go Khuda, nazywaj Go Allah,
Nazywaj Go Krishna albo Jahwe,
Nazywaj Go Ojciec, albo Bóg - Matka,
Nazywaj go jak chcesz,
Wszystko jest tym samym - Najwyższym Brahma,
Przenikającym matkę - naturę.
"Służyć ludzkości, służyć życiu,"
W tym kryje się, tajemnica matki.
Ojciec Marian kroczy tą drogą,
Zapierając się siebie,
On, wierny sługa Chrystusa.
Biedni - to Bóg jego serca.
Myjąc lekarstwem i wodą
Krwawiące nogi i ręce Trędowatych,
Przykłada bandaże
Przywołując do pamięci w swoim sercu
Nogi Boga.
Gdy obsługuje uzdrowionych pacjentów,
Nadzieja wytryska w ich sercach;
Gdy daje im specjalne obuwie ze skóry;
Czyni ich nogi świętymi.
Bez miary życzliwy,
Kochający ojciec Marian.
"Dom dobroci - jego sprzymierzeniec,
Służyć trędowatym - jego religią"
W chatce w rogu " Jeevaram Pali"
Marian służy setkom trędowatych
Sławiąc śpiewem Jezusa.
Południowy wiatr śpiewa pieśni
Dotykając piasków morza
Zachwycając kadzu drzewa.
Gdzie nie ma służenia i ofiary,
Gdzie nie ma ofiary życia, tam na nic zda się kontemplacja
I ofiary rytualne.
Ram, Krishna i Jezus
Wszyscy są w zasięgu ludzkiego życia.
"W Bogu nie ma różnicy" -
Niech ta prawda przeniknie do naszych serc.
Gangadhar Mishra
tłumaczenie polskie: Krzysztof Byrski
W towarzystwie świętych i męczenników
Ks. Stefan Wincenty Frelichowski*
Urodzony 22. 01. 1913.
Święcenia kapłańskie: marzec 1937.
Kapelan Ks. Biskupa St. Okoniewskiego.
Wikary przy kościele N.M.P. w Toruniu od listopada 1938r.
Aresztowany 18.10.39.
Fort 7 Toruń; Stutthof; Grenzdorf; Sachshausen
+ Dachau 23.02.45
na tyfus plamisty, zapalenie płuc.~
R i P.
* W Archiwum Prowincji Polskiej w Pieniężnie przechowywany jest szczególny dokument, napisany przez kleryka Mariana Żelazka bezpośrednio po śmierci ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. Jest to spisane w tajemnicy, z narażeniem życia, świadectwo o heroizmie bł. Stefana Frelichowskiego. Po wyzwoleniu obozu wydobyty z ukrycia dokument został przekazany rodzinie i Kurii Biskupiej w Pelplinie. Dokument stał się ważnym świadectwem w procesie beatyfikacyjnym ks. Frelichowskiego. Jednocześnie jest to świadectwo o Autorze.
Czego pragnęło serce jego, dałeś mu Panie i prośbie jego nie odmówiłeś! (Ps.20-3)
W maju ubiegłego roku zebrała się nas garstka księży - Pomorzan, co jej przewodził zmarły kolega, na nabożeństwo żałobne za duszę swego ordynariusza, św. pamięci ks. biskupa St. Okoniewskiego, który na obczyźnie z dala od swych kapłanów i wiernych, prochy swe złożył na wieczny spoczynek!
I bodaj zapatrzył się kapelan jego w dostojną postać swego arcypasterza i pozazdrościł mu zapłaty, po którą odszedł do Pana. Jak patron diecezji naszej, św. Wawrzyniec do Papieża Sykstusa, tak zdawał się mówić ostatnio całym swym życiem kapelan do biskupa: "Quo progrederis sine filio, pater, quo, sacerdos sancte, sine diacono properas? Quid ergo in me displicuit paternitati tuae? Cumquid degenerem me probasti? Experire, utrum idoneum ministrum elegeris, cui commisisti Dominici sanquinis dispensationem! Noli me derelinquere, pater sancte!"
I mógł biskup kapelanowi swemu, za którego dziś się modlimy, słowami Sykstusa św. odpowiedzieć! "Non te desero, fili, neque derelinquo; sed maiora tibi debentur pro fide Christi certamina; te manet gloriosior de tyranno triumphus. Post triduum me sequeris, sacerdotem levita"!
I niedługo po biskupie kapelan jego złączył się na zawsze z swym Bogiem, do którego z całych sił swoich dążył; w myśl programu zakreślonego sobie na obrazku prymicyjnym: "Przez krzyż cierpień i życia szarego - z Chrystusem" - do chwały zmartwychwstania!"
Szedłeś do Boga, więc nie lękałeś się śmierci, Przyjacielu, i ona utuliła cię w tak młodym wieku, bo "czego pragnęło serce jego, dałeś mu Panie".
A my w zadumie stanęliśmy nad twoją trumną i w duszy pewnie każdego z nas zbudziło się pytanie: "Dlaczego On właśnie odszedł; dlaczego On, jeden z najlepszych wśród nas; czemu nie dałeś mu, Panie, pracować dalej, gdyś widział owoce trudu jego i poświęcenie tutaj wśród nas tak obfite?
Nie zdolni jesteśmy dociec tu zamiarów Bożych, więc jedynie za Księgą Mądrości w pokorze powiemy: "Podobała się Bogu jego dusza, dlatego pospieszył wyrwać go z nieprawości"!
Próżno czekać cię będzie matka twoja, Stefanie, która w ostatnim liście, jakby w przeczuciu tego bolesnego ciosu, z taką miłością i troskliwością dowiaduje się o Twe zdrowie! O śmierci Twej, jeśli wolą Boga Wszechmogącego będzie, byśmy stąd wyszli, powie Twoim najbliższym dopiero ktoś z nas, cośmy stali u trumny Twojej. Dwóch już braci żegnała na zawsze Twa matka. Zostałeś sam z jej synów i na Ciebie matka przelała całą swą miłość; i ta miłość pewnie i modlitwa Twej matki dała ci, Bracie drogi, tyle siły i mocy ducha, żeś wśród nas tak wysoko nosił swą godność kapłana!
Stefan Wincenty Frelichowski urodził się 22 stycznia 1913 r. w Chełmży na Pomorzu, gdzie też ukończył gimnazjum. W seminarium duchownym w Pelplinie umiłowaniem jego to liturgia - służba Bogu - i praca w kółku charytatywnym - służenie bliźnim! W dowód zaufania, jakim cieszył się u swych przełożonych, zostaje, już jako diakon, kapelanem ordynariusza i na tym stanowisku pozostaje także po otrzymaniu święceń kapłańskich - w marcu 1938 r. I od swego biskupa nauczył się tak wiele, co w rozmowach zmarły często podkreślał słowami: "chciałbym tak zawsze pracować, jak on pracował, i swoje życie przepoić jego pobożnością!.. Jako wikariusz przy parafii N. Maryi Panny w Toruniu od końca 38 r. przez liturgię szczególnie chce pociągnąć wiernych do Boga, a duszpasterstwo jego wśród dzieci zjednało mu ogólną miłość i uznanie.
Ale pełnię plonu tak wielkiego u Pana przyniosły mu dopiero lata niewoli! Trzeba bowiem charakteru nieugiętego i mocarnego ducha, by w czasach ciemności, jakie przeżywamy, pochwycić pochodnię, nieść ją wysoko i braciom często wątpiącym i małej wiary, wskazywać nieomylną, prawdziwą drogę. Bez przesady pewnie powiem, że zmarły kolega świecił nam tutaj tak pięknie swym życiem i był drogowskazem jasnym i wyraźnym przez mroki i bezdroża tej naszej udręki.
Zaraz w 39 r. w siódmym forcie toruńskim razem z ks. Dziekanem Prabuckim organizuje nabożeństwa i pacierze na poszczególnych izbach. W Stuthoffie dalej prowadzi nasze modlitwy, nas duchowo podnosi; a nikt pewnie z nas, uczestników tego obozu, nie zapomni owego wielkiego czwartku 40 r., gdyśmy mogli dzięki jego staraniom i zapobiegliwości - wprawdzie na sposób tylko katakumbowy - odprawić pierwszą od chwili aresztowania mszę św. i przyjąć Komunię św. W Saxenhausen pełni dalej obowiązki kapelana nie tylko naszego, lecz również i rodaków; wspomnę choćby słuchanie wychodzących z obozu transportów spowiedzi, które On organizował.
Każdy z 20 Bl. [bloku] pewnie pamięta Stefana, gdy przez kilka dni chodził, jakby w piusce biskupiej. Oto blokowy, mający swoją wyrobioną markę w obozie, by ośmieszyć kapłana, który postawą i godnością zwrócił jego uwagę, ostrzygł mu głowę, zostawiając z włosów coś w rodzaju piuski.
I wśród naigrywań i szyderstw Stefan przeżył męczeńskich kilka dni. Blokowy uległ jednak urokowi i przewadze ducha kapłana Chrystusowego i zmarły mógł potem otrzymać od niego wszystko i jak często było to z korzyścią dla jego współwięźniów. Naznaczony został przez wrogów naszych jakby stygmatem władzy i wielkości, a my, nawet starsi od niego, jego prymat uznawaliśmy chętnie nad sobą.
A tu w Dachau wszyscy go dobrze znamy: zawsze pogodny, uprzejmy, chętny, uczynny spieszy z pomocą tam, gdzie może coś dobrego zrobić! Jest duszą prawie każdej, dobrej akcji na bloku: prowadzi modlitwy, urządza nabożeństwa, organizuje wykłady, przewodzi nam w pracy charytatywnej bloku, w kaplicy jest wzorowym zakrystianem polskim! W rewirze prawie każdy zna Frelichowskiego, a tak dobrze znany jest na blokach polskich, gdzie niósł - nie szczędząc wsparcia materialnego - pociechę religijną, gdzie niósł Chrystusa utajonego. I wśród apostołowania tego na blokach już zarażonych, nabawił się pewnie tej choroby, która go powaliła śmiertelnie. Miał zamiar pójścia z innymi kolegami i na kwarantannie pielęgnować chorych, nie zdążył jednak, a Bóg, zabierając go do Siebie, policzył mu tę intencję ofiary, bo "prośbie jego nie odmówiłeś, Panie"! Umarł 23 lutego nad ranem po przebytym już prawie tyfusie na zapalenie płuc.
Wybaczysz mi pewnie, Stefanie drogi, że dziś o tobie mówię. Wolałbyś, wiem o tym, odejść od nas cicho i bez rozgłosu, jak z ukrycia i spokojnie wśród nas pracowałeś! A jednak w podzięce za przykład twego życia, chcę Ci poświęcić tych parę słów. Patrząc na Ciebie, rozmawiając z Tobą, zazdrościłem Ci, Przyjacielu, tej Twojej dziwnej umiejętności, z jaką łączyłeś swoje szczytne kapłaństwo z życiem i światem, co nas otacza. Wracałeś od ludzi, przyjaciół - Ty, kapłan Chrystusowy, nie umniejszony w swych cnotach, w swej wewnętrznej wartości, a pełniąc twardą szkołę życia krzyża, byłeś szczęśliwy, radosny.
Chciałbym, abyśmy my, kapłani polscy, za przykładem zmarłego Kolegi w całym życiu naszym tak samo dążyli do tej dziwnej, wewnętrznej harmonii krzyża i radości, świętości i służby dla ludzi i świata, która jedynie musi być podłożem skutecznej naszej wiedzy duszpasterskiej. A Wam, Bracia Rodacy, postać zmarłego niechaj stawi przed oczy kapłana polskiego, wielkiego wielkością umiłowania dróg Chrystusowych, wielkodusznego wobec błędów i grzechów ludzkich, a jakże kochającego bliźniego, rodaka, bo tu właśnie miłość i poświęcenie dla nich - to powód jego zgonu. Powiedzcie, że w obozie, gdzie tak wiele jest złości i szyderstw z kapłana Chrystusowego, spotkaliście się też z kapłanami wielkimi, którzy na blokach kwarantanny na wzór księdza Frelichowskiego kładą życie swoje za braci swoich.
A my razem, Bracia, cały wierny lud polski z swoimi kapłanami, patrząc na postać prawdziwego sługi Chrystusa, wsłuchajmy się w to, co On nam całym życiem swoim mówi: "Umiłowaniem tego, co z Boga jest i do Boga prowadzi, budujcie waszą wielką przyszłość".
My pójdziemy z tym w życie, a Ty, Drogi Przyjacielu, w naszych dążeniach i w trudzie naszym bądź nam u tronu Najwyższego przemożnym orędownikiem! Amen.Są ludzie, którzy ogołoceni z wszystkiego zewnętrznego - tytułu, odzienia, pielęgnacji ciała, pozostają tym, czym byli, i nawet w łachmanach czy w trefnisiowym stroju heflinga ich osobistość nie tylko nie znika, ale tym bardziej promieniuje. Do takich ludzi należał Stefan. Było w nim coś co odróżniało go od reszty nawet kapłanów, zwracało uwagę drugich, a co nazwałbym "goręjącym w nim duchem kapłańskim".
To "coś" w Stefanie było przyczyną jego klęsk i zwycięstw w obozie... Potrafiło w Saxenhausen wzbudzić nienawiść blokowego i przemienić ją wkrótce potem w najwyższy szacunek i uznanie... Stworzyło wokół niego koło gorących i życzliwych kolegów, jak i koło niechętnych i nierozumiejących jego świętych porywów.
Pociągłe, regularne rysy twarzy stały wprost w przeciwieństwie do jego niespokojnego gorejącego ducha kapłańskiego, który targał się w drobnym ciele, widząc, że żniwo - nawet tu w obozie - tak wielkie, a robotnicy, zamknięci na jednym Bloku, przegrodzeni murem wrogiej propagandy skazani są na przymusową bezczynność. Za to w dużych, czarniawych oczach tlił się ten sam płomień, jakim gorzał jego duch. Trzeba go było widzieć przy przewodniczeniu modlitwom, jak nie tylko usta, ale cała jego postać wymawiała słowa modlitwy, a głowa podawała się nieco naprzód ruchem rytmicznym - niejako akcentując poszczególne wyrazy.Całym sobą stał za tym, co mówił i działał przy sprawowaniu świętych czynności kapłańskich.
W wirze życia obozowego, który porywał i znosił swobodę inicjatywy, a na twarzach ludzi wypisywał ubóstwo myśli, pozostał zawsze kapłanem o gorącym i świeżym polocie ducha. Niewola ciała nie znaczyła u niego niewoli ducha. Pamiętam, jak dziś ten dzień 1942r., w którym Stefan po raz pierwszy przyszedł na nasz blok 28, pokój 1-szy.
Nikt nie odważył się dotychczas prowadzić wspólnych modlitw na sztubie. Pociągało to za wiele komplikacji i ryzyka...
Stefan nie radził się, wiele nie pytał... Wieczorem przewodniczył już modlitwom, jako rzeczy całkiem naturalnej. Jego gorejący duch kapłański nie pojmował innego stanu rzeczy.
Słowa jego, gdy mówił na tematy religijne, nie były skrępowane zażenowaniem, nie raziły niemiłym dźwiękiem jakoby wstydu. Przeciwnie były poważne, godne i naturalne... I to właśnie było znamieniem jego gorejącego serca kapłańskiego, owa naturalność, dla której nic nadzwyczajnego nie było nawet w pośród koleżeńskiej zabawy przejść do modlitwy i krótkiego skupienia.
I udawało mu się to z powodzeniem ku ogólnemu podniesieniu ducha obecnych. Tym na ogół pociągał ludzi świeckich - szczególnie młodych - że z taką naturalnością i powagą bez cienia pozy, czy słodkiej albo mdłej pobożności mówił z nimi na tematy duszy... I przede wszystkim młodzi garnęli się do niego, a i On nie szczędził trudów, by ich szukać w obozie. Jego ambicją nie było szukać młodych dla młodych, dla zaimponowania drugiemu swymi stosunkami, ale jako kapłan myślał przede wszystkim o młodych duszach, narażonych tu w obozie na zewsząd czyhające niebezpieczeństwa.
I dziwne zjawisko... Obóz powoli stawał się pełnym tej skromnej sylwetki kapłana, który dwoił się i troił, nie dlatego, że go znano pod dwoma imionami Stefana i Wicka, ale że promieniował wokół siłą swego kapłańskiego ducha...
A już najwięcej udzielał się naszemu blokowi: Był On duszą jego życia wewnętrznego. Jemu zawdzięczamy w wielkiej mierze, że dziś tak swobodnie możemy korzystać z ołtarza. On był jednym z głównym inicjatorów naszego ślubowania Bożemu Sercu.
Cichy, bezpretensjonalny, w klęsce dnia dzisiejszego widzący zwycięstwo na jutro - jako Król Duch - przesunął się przez obóz. Gwiazdą przewodnią było mu posłannictwo kapłana, które tu w obozie starał się, jak najwierniej wypełnić.
I dlatego dziś z za grobu świeci nam, jako wzór kapłana dla zrodzonego na nowo w bólach wojny świata, jako jeden przykład "Gigantów", na których mają się oprzeć posady duchowego i moralnego świata.
Ps. 4.: Cum invocarem
"Prosiłem Ciebie, o Boże, byś mnie prowadził za Sobą
Przez krzyże dnia powszedniego do chwały Twojego grobu"
"Prosiłem w dniach życia o jedno, najdroższy Mistrzu i Panie,
Byś mnie łaskawie nagrodził chwalebnym zmartwychpowstaniem."
"Raźno, jak pielgrzym Boży, przeszedłem ciernistą ziemię,
By z Tobą na zawsze odpocząć w wieczności Jeruzalemie."
"A kiedym wołał wśród drogi Boga mojego na niebie,
Wysłuchał mnie zawsze skwapliwie, z pomocą przyszedł w potrzebie."
.............................................................................................
"Zmiłuj się Boże Wszechmocny, zmiłuj się Boże pokoju,
Nad tymi co pozostali, okaż im miłość Swoją!"
.............................................................................................
"Przedziwnie Pan ubogaci łask zdrojem sługę wiernego,
Niech jeno w sercu pokorze ufnie zawoła do Niego."
"Niech złości nie trują ducha, choć gniew wam serce zapala,
Niech we łzach żalu odpłynie goryczy i zwątpień fala."
"Miejcie nadzieję w Panu, wierności złóżcie ofiarę,
Chociażby wielu za szczęścia innego chwytało czarę..."
"Oto są Wasze bogactwa i bożej dobroci dziwy,
Lepsze nad owoc zbóż ziemi, nad wino i wonność oliwy."
"Byliście po życia spiekocie i utrudzenia i znoju,
Jak ja z weselem spoczęli - odeszli w ducha Pokoju..."
.............................................................................................
"Proszę za Nimi o jedno, najdroższy Mistrzu i Panie,
Byś ich łaskawie nagrodził chwalebnym Zmartwychpowstaniem."
Nie znam Twej matki, drogi Stefanie, nigdy Jej nie widziałem, a jednak, jak wielka i piękna żyje w mej duszy jej skromna postać! Słyszałem, co o swej Matce mówiłeś, Przyjacielu, razem z Tobą obchodziłem Jej święta, czytałem Jej listy do Ciebie i Twoje do Niej odpowiedzi, więc dobrze wyczuwam tę nić, jaka Was między Sobą łączyła i która poza grób dalej snuć się nie przestanie! Po stracie dwóch starszych synów, pozostałeś Jej sam, Ty - kapłan Chrystusowy, i Matka swoją modlitwą wyprosiła Ci pewnie u Boga, żeś wśród nas promieniał całym Swym życiem!
Odchodząc od nas powiedziałeś do mnie: "Pożegnaj rodziców ode mnie, ucałuj ręce mej Matki, pozdrów siostry moje." Lękam się tego zadania, bo już raz w życiu widziałem ból matki, której - jako pierwszy zwiastun - zaniosłem straszną wiadomość o nagłym, tragicznym zgonie jej syna, kapłana.
Ile nadziei, ufności i kornej do Boga prośby znajduję w listach Matki do Jej Stefana: "Cieszymy się, że jesteś zdrów. Mamy mocną nadzieje, że Bóg pozwoli nam się tu jeszcze zobaczyć, a radość wtedy będzie tak wielka, że czasem pojąć nie mogę, by to mogło się stać rzeczywistością."
Tak, droga Matko, nie dana Ci jest ta radość: Goryczą Twego Matczynego Serca masz upiększyć i uzupełnić całopalną ofiarę Twego syna. Myśl, że już więcej nie zobaczysz Stefana, mieczem boleści ranić Ci będzie przez całe życie serce.
Ale wiem, bo wyczuwam Cię dobrze, że z tą - niezrozumiałą może - wolą Bożą się pogodzisz, nie załamiesz się nie upadniesz, a odzyskawszy po tak wielkim smutku równowagę ducha, pozostaniesz tą samą - godną matką prawdziwego kapłana.
Z podziwem czytam przedostatni list do Wicka: "Przed żłóbkiem Bożej Dzieciny odbyły się nabożeństwa dla dzieci, i wśród tych dzieci widziałam mojego Stefana. Ach, jak ciężko było mi wtedy na duszy... Ale Bóg mówi do mnie: "On ma przecież i tam dzieci, kolegów, którzy potrzebują miłości. Więc we wszystkim "bądź wola Boża". A w liście z grudnia na Boże Narodzenie: "Już po raz szósty nadchodzą święta gwiazdkowe, a my nie widzieliśmy się już tak długo, ani z sobą nie rozmawialiśmy. Ból to naprawdę wielki, ale takie są zamiary i wyroki Boga."
Ponad szczęście osobiste i ból rozłąki góruje u Niej bezgraniczne zaufanie i poddanie się najwyższej woli Opatrzności.
Czytałem też listy Twych sióstr, Stefanie. Poznałem miłość i zaufanie, jakie was łączyły. I tutaj widziałem nad wami jakby wyciągniętą, zawsze czuwającą rękę Waszej Matki, która Wam wpoiła wzniosłe zasady życia, która - opiekując się Wami - była Wam tak dobrą przewodniczką na drodze życia, na drodze do nieba.
Miałeś jasno wytknięty cel swego życia. Jasno i wyraźnie pojmują ten cel i siostry Twoje, bo Was wszystkich wspierała dobra rada matki, prowadziła Was bezpiecznie Jej modlitwa!
Smutek zagości w domu Twym, Stefanie, gdy dojdzie wieść smutna, że zawiodły nadzieje zobaczenia się z Tobą. Jeśli wolą Najwyższego powadzeni zajdziemy z powrotem na Ojczystą Ziemię, przywieziemy ze sobą - jako relikwie - kilka pamiątek po drogim Stefanie.
Wtedy pewnie Twa Matka gorzko zapłacze. Lecz my powiemy Jej i Twoim najbliższym, żeś w naszym życiu obozowym - tak ciężkim - przeszedł między nami, jakby wielka jakaś >postać legendarna< jakby wyśniony w snach >olbrzym< wśród ludzi przyziemnych.
My Jej powiemy, żeś był pochodnią, co nas w ciemnościach prosto prowadziła, żeś był kapłanem, w którego Chrystus naznaczył jakby stygmatem wielkości w swym powołaniu, żeś dźwigał dusze nasze i wspierał nam ciała.
A wtedy ukoimy jej ból, wtedy uciszymy jej duszę skołataną. I wtedy choć smutna i jeszcze zbolała, wzniesie serce do Boga w dziękczynnej modlitwie: "Bądź wola Twa, Panie, dzięki, Ci, Boże, za syna takiego."
Bo tylko taką możesz być i taką Cię widzę, Matko przyjaciela!
Stefan u tronu Boga modlitwą wesprze swą matkę. I patrząc na Nią prosić będzie dobrego Stwórcę, aby całemu krajowi dał takie matki, co tworzyć będą nasze lepsze "jutro" ; co wychowają nam synów - wielkich świętością i dobra ukochaniem; co wydadzą nam córki, które cnotę i pracę wniosą - jako wiano - w nasze życie.
Droga, nieszczęśliwa Matko! Bądź dumna, żeś była matką takiego kapłana, którego my - jak brata - kochamy, a czcimy - jak bohatera posłannictwa Pana!
"Więźniu, ty mógłbyś samotny,więziony -
Myślą i wiarą budować i przewracać trony."
A. Mickiewicz
Radosnym, Panie! Nie siedzę bezczynnie
Z Chrystusa życiodajną łącząc się ofiarą,
Gdy bracia moi za Ojczyznę walczą...
Więc że więzień za Ojczyznę walczyć może...
Radosnym, Boże!
Radosnym, Panie, boś mi żyć dozwolił
W ogromnym tym przełomie wszechdziejów ludzkości,
Gdy wojna wszystkich dni Słowian zawraca...
Że więźniów gromada dni te kuć pomoże,
Radosnym, Boże!
Tyś nam dał łaskę, że kroplą być mamy,
Co brzegu dopełni kielicha ofiary
Polskiej lat dwustu, a największej teraz...
Że pohańbienie kroplą tą być może,
>Radosnym, Boże!..
Przez lat dwadzieścia Wolnej Polski była
Dałeś wzrost nam, oświatę i decyzję mocy.
A za naukę, że tylko z Chrystusem
Szczęście Ojczyzna swoje wykuć może,
Wdzięcznym Ci, Boże!
Wyżej nad niewolnika pokój ceniąc honor,
Pod dziką wroga legliśmy napaścią,
Bój krwawy świata wszczynając z tyranem.
Że w czterdzieści i czterym już wolności zorze,
Pewnym, o Boże!
Wiem, że na chacie ojczystej swe j załkniem
Już nie męczeństwa krzyż, lecz chwały naszej, Chryste!
Bo Polski chwała z ofiar synów będzie...
Stąd gdy i ciało ofiaruję może...
Radosna ma dusza, Boże!
S. W. Frelichowski
I odszedł....cicho, bezszelestnie, tak
jako zawsze czynił za życia.
Przy samym brzasku dnia wykradła - nam
go śmierć,
choć współbracia już czuwali...
choć po raz ostatni szturmowali do
nieba podczas mszy św. o Jego zdrowie.
W ciszy dzieją się wielkie rzeczy.
W ciszy budzącego się zimowego poranka
dusza Jego uleciała ku niebu.
U trumny Jego zapłakała spóźniona Wolność...
Ta wyśniona...
ta wytęskniona...
ta, która stała przed Jego oczami,
gdy budził się i zasypiał...
- "Fata Morgana" łagrowego życia...
U trumny Jego stanęli zbolali koledzy...
cisi... skupieni... twardzi...
pełni bolesnej zadumy...
zastygli w niemym żalu,
że odszedł od nas, gdy już... już...,
a rozwidni się dziejowe zorze... br>
iście "Żywe Kamienie", rzucone w obóz.
Jeno serce, które zawsze gorące pozostało,
krajało się pod kamienną powłoką.
Jeno łzy duże, gorące stanęły w oczach,
a wykulać się na policzki nie chciały.
U trumny Jego stanęło dzieło Jego.
Bo - święty - swoje dzieło zawsze z sobą nosi.
Bo największe dzieło świętego - to On sam.
I dlatego Pan go zabrał, bo dzieło już gotowe stanęło.
Już spalił się w służbie Boga i Ojczyzny.
Chrystus cierpiący nigdy Go nie
potrzebował szukać... szedł zawsze sam
na Jego spotkanie. Odnajdywał Go między
trybami maszyny obozowej
na rewirze,
na blokach nieparzystych,
zgłodniałego - nakarmił...
nagiego - przyodział...
smutnego - pocieszał...
upadłego na duchu " Chrystusa" - dźwigał.
Nie tyle mówił, co czynił. Serce rwało
mu się do radosnego działania.
Serce, które "gdy prawdziwie kocha,
jest więcej tam, gdzie kocha,
niźli w piersiach, w których bije"...
Serce czysto Polskie...
Złote serce kapłańskie, które jedno
tylko kochało - Boga i dusze,
które "przez krzyż cierpień i życia
szarego - z Chrystusem - konsekwentnie
szło do chwały zmartwychwstania."
Już od zarania swego życia kapłańskiego...
a najbardziej tu w obozie.
Promienny i pogodny przeszedł przez obóz
Promienny i pogodny dawał życie swoje
na okup dla rodzącego się na nowo świata,
na chwałę i zmartwychwstanie Ojczyzny...
"Bo Polski chwała z ofiar synów będzie.
Stąd gdy i ciało ofiaruję może,
Radosna ma dusza, Boże!"
Oto właśnie Jego słowa, które czynem wypisał
w swym życiu obozowym,
których prawdziwość
śmierć poświadczyła swoją pieczęcią.
Śpi teraz bojownik Chrystusa niestrudzony.
Ten, co wyrąbywał Chrystusowi lepsze jutro,
odpoczywa teraz po upale dnia...
Cichy,
namaszczony ofiarą,
przyobleczony w dumną powagę umarłych.
Nic go nie obchodzi wieczorny apel,
ani słowa komendy łagrowej:
Całe życie obozowe kończy się u Jego trumny
bezsilne... złamane majestatem śmierci.
Sam Bóg wyrzekł wytęsknione
słowo - "zwolniony" -... I dusza Jego
uleciała tam, gdzie Wolność prawdziwa...
U trumny Jego stoją jeszcze br>
zawsze zadumani koledzy.
Oni przyszli do Niego, jak kiedyś wierni
uczniowie do zmarłego Jezusa, pod br>
osłoną nocy...
W sercu ważą święte i zuchwałe
zamiary...
Wolę przekuwają na wolę zmarłego...
" Żywe Kamienie", z których wzniosą się
granitowe posady świata i Ojczyzny
nie na wzór wyniszczonego
w trumnie ciała...
ale według ducha Jego...
Marian Żelazek S.V.D.
English
Polski
Spis treści